Subiektywne podsumowanie filmowego roku 2009
Ku pamięci własnej i potomnych, a także pozostając oburzonym werdyktami amerykańskich jurorów postanowiłem przyznać własne wyróżnienia. Oto one:
Film roku – Bękarty wojny
Krytycy Tarantino powiedzą, że powtórka utartych schematów. Ale ja je kocham, zwłaszcza, że duch filmu jakby ten sam, ale ciało zupełnie świeże i apetyczne! Zupełnie nieznani szerzej aktorzy spisali się rewelacyjnie. No i akcja – Tarantino jak zwykle potrafił zabawić się widzem.
Nieporozumienie roku – Oskar dla no właśnie… hmmm… a! mam! Dla Slumdoga.
Infantylny remake bardzo dobrego i nienagrodzonego Miasta Boga.
Zmartwychwstanie roku – polska kinematografia.
Zabawnie opowiedziany (choć nie bez błędów) nowatorski dramat Rewers, ryjący mózg Dom zły. Chcę się wybrać na Wszystko, co kocham, by przekonać się, czy to trwałe ożywienie.
Remake roku – Avatar
Zrobiona z rozmachem adaptacja Pocahontas na miarę naszych czasów, możliwości (i oczekiwań poprawnych politycznie sił – vide jednobarwne i głupkowate złe postacie). Chciałoby się powiedzieć:
To jest Pocahontas na miarę naszych możliwości. My tą Pocahontas otwieramy oczy niedowiarkom! Mówimy: to jest nasza Pocahontas, przez nas zrobiona, i to nie jest nasze ostatnie słowo!
Właśnie – parafraza Misia, bo fajnie było sobie popatrzeć w kinie na te obrazki – z dziecięcym przejęciem – niczym przy pierwszym oglądaniu słomianej kukły Misia podpiętej do śmigłowca. Niestety w środku bezwartościowo i pusto, nie ma nawet słomy, niczym w prawdziwym Misiu (kukle, nie filmie).
zostaw komentarz