Dlaczego nie wierzę w liberalizm gospodarczy w Polsce?
Tak mi jakoś wczorajszy rzut oka na Puls Biznesu, a konkretnie na artykuł pt. “Ostatni dzwonek dla Donalda Tuska”, jak również dzisiejsze wieczorne piwo skłoniły do chwili refleksji dotyczących tematu liberalizmu gospodarczego, w szczególności dlaczego postrzegam tę ideę jako utopię. Uzasadnienie tej tezy zawrę w następujących punktach:
I. Komu chciałoby się wdrażać idee wolnego rynku w czasach, gdy mamy:
1. Opór armii urzędników, armii dużo skuteczniejszej w samoobronie niż Wojsko Polskie
Tak naprawdę bezkrwawa rewolucja roku 1989 w naszym kraju była “pikusiem” w porównaniu z rewolucją, jaka musiałaby zostać przeprowadzona, by wdrożyć wszystkie hasła gospodarczych liberałów. Sieć administracji publicznej jest utkana tak gęsto, że bez interwencji militarnej by się nie obyło. Jest to w końcu wielotysięczna, rozproszona armia (wystarczy sobie wyobrazić protestujących rolników, górników czy pielęgniarki a następnie zwielokrotnić ich liczbę), która jest w stanie wyżyć tylko z administracji. I obecne, antyprzedsiębiorcze prawo jest im na rękę. Tak samo zadowolona administracja jest na rękę rządzącym, bo to w końcu administracja wdraża ich pomysły, jak również pomaga im je tworzyć (w końcu ilu urzędników służby cywilnej, a ilu polityków jest zatrudnionych w ministerstwach, które biorą udział w procesie legislacyjnym? Stawiam na 100/1). Bez chętnej do działania administracji “nie byłoby komu” implementować przepisów zaaprobowanych w parlamencie, jak i ich tworzyć (przykład: 600 stron poprawek wygenerowanych przez urzędników do proponowanych przez rząd zmian w ustawie o swobodzie działalności gospodarczej).
2. Pokusy czyhające na polityków liberalnych po przejęciu władzy
Pokusy te mają różny wymiar. Aby to zobrazować przyjmę założenie, że jakimś cudem władzę przejęła UPR z Januszem Korwin-Mikke na czele. Nawet, jeżeli sam pozostałby po takim wydarzeniu wierny swoim ideałom wątpię, by znalazł armię ludzi, którzy własnymi ciałami rzuciliby się do konfrontacji z rolnikami ciskającymi kamieniami po likwidacji KRUSu. Wątpię, czy oparliby się pokusom, jakie daje życie pod osłoną utrzymywanego z wysokich podatków parasola ochronnego (vide jeden z byłych prezesów UPR).
3. Pół żartem, pół serio: antyprzedsiębiorczość rodząca przedsiębiorczość
Nie tylko sfera administracyjna żyje z braku wdrożenia prorynkowych założeń liberałów. To również prężna gałąź sektora prywatnego – księgowość, radcy prawni, doradcy podatkowi, wszelkiej maści consulting. To na pewno też napędza machinę edukacyjną w tych dziedzinach. Ludzie z tego sektora mają dzięki tworzonej przez lata sieci wpływów realną władzę, której nie da się przejąć rozporządzeniem czy ustawą.
II. A do tego rozum i doświadczenie podpowiada mi, że (oczywiście absolutnie nie kwestionuję przy tym bezsensowności czasu otwierania działalności gospodarczej, kultu stempla czy osobnych numerów PESEL/REGON i NIP)
4. Idee wolnorynkowe nie chronią państwa przed mieszanką wybuchową: chciwością i głupotą
Patrz ostatni kryzys na rynku kredytów hipotecznych w USA (nie mówię o całym obecnym kryzysie finansowym) – efekt chciwości i krótkowzroczności zarządzających bankami – nastawienia na sprzedaż, a nie jakość kredytów – nie miałby miejsca u nas, gdzie rola nadzoru państwa jest daleko bardziej istotna niż w USA.
5. i najważniejsze – czy większość społeczeństwa chciałaby żyć w warunkach, jakie narzuca liberalizm gospodarczy?
Bo spójrzmy na to nieco szerzej niż pan Janusz Korwin-Mikke – kto chciałby poruszać się w ruchu drogowym, gdzie nie ma obowiązkowego ubezpieczenia OC czy brak instytucji UFG? Kto chciałby korzystać z usług pozostawionych samopas (bez nadzoru urzędników) mono- lub oligopoli energetycznych czy telekomunikacyjnych, banków czy nawet importerów chińszczyzny? Wreszcie – kto chciałby żyć w społeczeństwie niepiśmiennych debili? (Aczkolwiek piśmiennych debili nie brak
) A to wszystko niestety z czegoś trzeba sfinansować…
Żul polski
Jako, że tramwajem ostatnio jeżdżę rzadko, zwłaszcza na liniach jeżdżących poza centrum, rzadko zdarza mi się widzieć postać, którą roboczo nazwę poznański żul tramwajowy (nie chodzi tu o jedną postać, a o grupę tych postaci). Dość rzadkie obcowanie z tą postacią sprawia, że ewolucje w jego imidżu są dla mnie rewolucją. Otóż żul ten ubiera się coraz lepiej. To ubranie sprawia, że żula takiego można rozpoznać jedynie po pozie ciała, ziemistej cerze i smrodzie, który jednak nie jest już tak uporczywy. Wiąże to się pewnie z większą podażą dobrej odzieży, której pozbywa się społeczeństwo. Ba, na pewno przekracza ona popyt generowany przez żuli, gdyż w trakcie ostatniej jazdy tramwajem byłem niemym świadkiem takiej oto sutuacji:
Do tramwaju wchodzi żul oraz dziadek z kijkami do nordic walkingu. Tramwaj stoi dłuższą chwilę, na ławce przystankowej leży kurtka.
dziadek z kijkami do nordic walkingu: Nie zostawił pan kurtki na przystanku?
żul: Kit z nią. Wiosna idzie!
Rzecz miała miejsce we wrześniu.
Niestety za badania dotyczące zmniejszonej smrodliwości nikt mi nie zapłacił, więc nie wskażę powodu tegoż.
A koty płoną
Wciąż nie milknie sprawa rzekomego obrażenia Grażyny Gęsickiej przez Janusza Palikota. Najbardziej smuci mnie jednak brak nawiązania w licznych relacjach medialnych do meritum sprawy, mianowicie użycia kłamstewek prowskich przez byłą panią minister. Jak wiadomo, ciemny lud wszystko kupuje bez znajomości kontekstu danego zagadnienia. Weźmy chociażby ramy czasowe, w jakich wydatkowane są środki. Obecnie spora część oddawanych inwestycji była współfinansowana ze ZPORRów na lata 2004-2006. Brakuje kontekstu innych krajów i udziału wydanych tam środków w całości puli. Wreszcie brak wspomnienia o gigantycznej bezwładności tworów pt. ministerstwo i urzędy, na którą nie mają wpływu rządzący, no chyba, żeby wraz z przyjściem roztoczyli krwawą rewolucję, która narobiłaby więcej szkody niż pożytku. Ale cóż, wspomniane czynniki nie są tematami medialnymi, nie porwą ciemnego ludu, który z pomocą gazet słyszy tylko fajne frazy-klucze jak np. prostytucja czy 0,3%. Swoją drogą, słowo “prostytucja” z epitetem “polityczna” było to dość trafne określenie, biorąc pod uwagę tę wypowiedź zestawioną z niepodważalną wiedzą pani minister
W BOKu domu maklerskiego, czyli…
… gdzie można przekonać się naocznie o kryzysie?
Na pewno nie na ulicach – siarczysty mróz skłonił stale rezydujących żebraków do ucieczki i konsumpcji przychodów w sposób, którego nawet się nie domyślam. Na pewno nie w sklepach, w których w okresie przedświątecznym działa się masakra, a na 2 dni przed świętami z półek poznikały wszystkie warte uwagi towary (mam nadzieję, że uda mi się kupić jutro jakąś czapkę w miejsce tej śp. Zgubionej). I nie w kościołach – zawartość tacy taka, jak rok wcześniej, ogrzewanie wciąż działa.
Wreszcie – znalazłem! Postanowiłem zamknąć nieużywany od długiego czasu rachunek maklerski przed końcem roku, by uniknąć opłaty za przyszły rok. Operacji tej należało dokonać w BOKu pewnego domu maklerskiego, które to biuro odwiedziłem tylko raz, przy zakładaniu rachunku. Zapamiętałem wtedy dość szczególną atmosferę tego miejsca. Zimno marmurów zostało przyćmione przez emocje grupy emerytów (że sobie pozwolę na synestezję wrażeń) – przynajmniej 5 sztuk, żywo przerzucających egzamplarz Parkietu, głośno dyskutujących i wpatrzonych w wystawiony telewizor z uruchomionymi notowaniami w teletekście. 31.12.2008 ostała się ledwo jedna emerytka – spadek WIG 20 to przy tym lekka korekta. Przypuszczam, że pozostali wcale nie zakupili komputerów i Internetu (zwłaszcza, że dom maklerski to dla tej grupki taki alternatywny kościół, miejsce spotkań z ludźmi). Może powrócą za parę miesięcy, gdy już gorzej nie będzie? Wtedy, gdy kryzys zajrzy do garnków zwykłych konsumentów, tak szczelnie wypełniających w te Święta centra handlowe? Być może i ja wtedy powrócę
Poznańskie… parkomaty
Procedura obsługi parkomatu firmy Siemens – czyli o parkowaniu w Poznaniu
0. Pod warunkiem, że temp. powietrza wynosi >30 °C, a nasz samochód stoi w pełnym Słońcu, szukamy biletu, który wczoraj sczerniał w takich samych warunkach, wystawiamy ten nieczytelny bilet za szybę i idziemy załatwiać sprawy nie korzystając z parkomatu. KONIEC.
1. Otwieramy portfel.
2. Zaczynamy poszukiwania drobnych.
3. Przypomninamy sobie, że trzeba wreszcie iść do tej instytucji, która mieści się zupełnie nie po drodze, celem doładowania służacej nam jako zakładka do książki karty chipowej do parkomatu, aby uniknąć poszukiwania drobnych.
4. K…, mamy same 10-, 20- i 50-groszówki :/ Czas uruchomić procedurę awaryjną opisaną w kolejnych punktach. Ten model parkomatu, niezależnie od położenia, bez żadnych oporów przyjmuje wyłącznie 1-, 2- i 5-złotówki.
5. Wrzucamy ostrożnym ruchem pierwszą 20-groszówkę. Przechodzi.
6. Robimy to samo z drugą monetą… wróć! bilonem oczywiście
To wszak z punktu widzenia nauki o pieniądzu zasadnicza różnica. Tylko nasz ruch jest taki, jak przy obsłudze kawomatu, a to nie banalny kawomat, tylko poważny parkomat. Limit nie rośnie, a parkomat zaczyna wydawać dziwne dźwięki, podświetlenie miga.
7. W zależności od humoru mamy aż 3 możliwości
![]()
a) dzwonimy do ZDM, zgłaszamy usterkę podając nr rejestracyjny naszego nieopłaconego pojazdu i idziemy załatwiać nasze sprawy. Metoda mało czasochłonna, i dość oszczędnościowa, albowiem jedynym kosztem parkowania jest krótka rozmowa telefoniczna. Co prawda prawnie jesteśmy czyści, ale moralnie nie do końca, bo znamy możliwości b) i c). KONIEC.
b) gapimy się na parkomat, po 3 minutach nasz bilon się wysypuje i wznawiamy procedurę od pktu 5. Bez sensu – metoda czasochłonna.
c) walimy pięścią w parkomat, nasze 40 groszy wysypuje się od razu i wznawiamy procedurę od pktu 5. Nie tracimy czasu, dofinansowujemy miasto, a nasz budżet słusznie jest obciążony fanaberią parkowania w mieście.
8. Po opłaceniu odpowiedniego czasu parkowania, wciskamy zielony przycisk (prawie jak w Sejmie, nie ma tylko karty chipowej, bo niedoładowana), bilecik wyskakuje, wkładamy za szybę. KONIEC.
Wikipedia wyrocznią ludzi nauki?
Niecały miesiąc temu na stronach mojej Alma Mater znalazłem zaproszenie na wykład Geerta Hofstede’a. Mniejsza o samo wydarzenie – niemałą satysfakcję dała mi obecność w owym ogłoszeniu notki biograficznej skopiowanej z Wikipedii, gdyż to ja utworzyłem przytoczony przez organizatorów artykuł w największej wolnej encyklopedii (przy okazji nauki do egzaminu z systemów organizacji i zarządzania). Możnaby się jedynie przyczepić, że zapraszając światowej sławy personę organizatorzy mogliby napisać notkę własnymi słowami. To jednak nic.
Nic, gdyż z Wikipedii nauczyły się korzystać również centralne instytucje zajmujące się oświatą, niestety nie zdając sobie chyba sprawy z idei Wikipedii, a co za tym idzie – potrzeby weryfikacji treści tam zawartych przed zastosowaniem wiedzy w dziedzinach wymagających użycia prawdziwych danych. Cytuję:
Tekst do zadań 10. i 11. zawiera informacje o powołaniu Komisji Edukacji Narodowej. KEN, tak jak podano w tekście, została powołana 14 października 1773 r. przez sejm na wniosek króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, jednak nie był to Sejm Czteroletni. Ten bowiem obradował w latach 1788-1792.
Informacja o Sejmie Czteroletnim nie mogła mieć żadnego wpływu na rozwiązywanie zadań przez uczniów, niemniej jednak nie powinna się w tym tekście znaleźć. Nie było jej w notce Wikipedii, którą wykorzystano.
Centralna Komisja Egzaminacyjna
No comments (no może poza tym, że w notce w Wikipedii taka informacja być może znajdowała się kiedyś, lecz została zweryfikowana. No ale przecież czego wymagać od CKE?)
zostaw komentarz